Ortler (3905, wiki)

(via Payer Hütte)

[map]

NOCLEG: Nocleg w Payer Hütte (CAI, 3029) rezerwowaliśmy miesiąc wcześniej i już nie było wolnych miejsc na noc z soboty na niedzielę. Wyruszyliśmy więc w piątek. Telefon, na który udało nam się dodzwonić to: 0473/666372. Drugi numer, podany na stronie schroniska, niestety nie odpowiadał. Warunki w schronisku są całkiem niezłe: łóżka piętrowe z pościelą (zmienianą raczej rzadko, więc warto mieć wewnętrzną wkładkę do śpiwora), darmowe klapki, umywalki z zimną (niepitną) wodą, WC wewnątrz. Nocleg dla członków AV kosztuje 10.5€ czyli połowę ceny normalnej (dane z 2003). Jedzenie jest dość drogie, skąpe śniadanie kosztuje 6€, a litr wrzątku 2€.
Można też spać w namiocie przy schronisku (widzieliśmy jeden namiot) albo pod gołym niebem, choć płaskiego terenu jest niewiele.

DOJAZD: Do stóp Ortlera (miejscowość Solda/Sulden 1848 m n.p.m.) od strony austriackiej najlepiej dojechać przez Landeck: po drodze nie ma dodatkowo płatnych odcinków (nie licząc winiety na austriackie autostrady). Od Innsbrucka jest to 170km. Już w trakcie podróży można cieszyć oczy widokiem przyszłego celu. Masyw Ortlera wyłania się po przejechaniu przełęczy Reschen, przy jeziorze o tej samej nazwie.

WYCIĄG: Do schroniska K2 można dojechać wyciągiem. Przyśpieszone pokonanie 500m różnicy wysokości kosztuje 7.5€ (dane z 2003). Kolejka kursuje w godzinach 8:00-12:30 i 13:30-16:30. Przy jednoczesnym zakupie biletu na powrót należy dodatkowo dopłacić 1€, lecz inwestycja ta może się nie opłacić... o czym dalej.

TRASA:

  1. Pierwszego dnia jest do pokonania 700m przewyższenia (dla bardziej ambitnych, niekorzystających z wyciągu, dodatkowe 500m). Podejście do Payer Hütte jest łatwe, ale męczące (szczególnie w upalne dni). Od schroniska K2 (2330) idzie się drogą szutrową, a następnie trawersuje piarżystą morenę. Dalej zakosami stromą, skalistą, ścieżką wśród traw na grzbiet, na którym stoi schronisko Tabaretta (2556). Po drodze widać imponującą północną ścianę Ortlera, jednak potencjalnych śmiałków odstrasza głaz z tablicami ku pamięci tych, którym się nie powiodło. Grozy dodała jeszcze lawina, która przetoczyła się z łoskotem po skałach... Za Tabaretta teren staje się bardziej stromy. Nie jest to jednak bardzo odczuwalne, gdyż ścieżka prowadzi szerokimi zakosami (początkowo oddala się od schroniska Payer (3029)), wznosząc się i opadając.

  2. Drugiego dnia o świcie wyrusza się ze schroniska (my startowaliśmy o 5:35, ale prawie jako ostatni!). Początkowo, przez jakieś 200m, droga wiedzie w terenie skalnym: w większości ścieżką, ale zdarzają się bardziej strome odcinki do pokonania (2 stopień trudności skalnej UIAA) z reguły zabezpieczone stalową liną poręczową lub łańcuchami.
    Po trawersie szerokiego, śnieżnego żlebu schodzącego spod Biv. Lombardi wchodzi się na lodowiec. Uwaga: w żlebie mogą spadać kamienie - jest to ważne szczególnie podczas zejścia, gdy topniejący lód uwalnia rozmaite skalne pociski. Przed żlebem założyliśmy raki, a po jego przejściu związaliśmy się liną. Biwak mija się od zachodu (na prawo od niego) szerokim łukiem. Wyraźna śnieżna ścieżka lawiruje między szczelinami lodowca, a następnie wchodzi w teren skalny, którym szybko dochodzi do schronu.
    Tuż powyżej Biv. Lombardi (3316) znów wchodzi się w teren lodowcowy. Droga prowadzi zakosami po krawędzi zrywów lodowca i pomiędzy szczelinami. My szliśmy już dobrze wydeptaną ścieżką, a większość szczelin była odkryta (tak przynajmniej optymistycznie zakładaliśmy), więc trasa nie nastręczała trudności technicznych, choć wysokość dawała o sobie znać (po drodze musieliśmy zrobić dwie przerwy).
    Pod względem "trudności lodowcowych" droga ta jest zdecydowanie bardziej wymagająca niż droga normalna na Mont Blanc. Tu tak naprawdę można było poczuć potęgę i piękno lodowca. Na drodze normalnej na MtBlanc nie jest to aż tak wyraźne.

    Na śnieżno-skalisty szczyt Ortlera (3905) dotarliśmy po 4:40h wędrówki. Tam spędziliśmy godzinę fotografując i podziwiając rozległą panoramę przy bezchmurnym niebie. Na południu widać było w oddali Brentę i Adamello (Presanella, 3556), oczywiście za imponującym, sąsiednim König Spitze/Gran Zebru (3851). W przeciwnym kierunku widać było Weiss Kugel (3739) oraz, jak można się było spodziewać, jeziorka Reschensee i Haidersee. Z naszych oszacowań wynika, że widok rozciągał się na ponad 50km.

    Ku naszemu zaskoczeniu zejście ze szczytu zajęło nam jedynie godzinę mniej niż podejście! A stało się tak za sprawą wąskiego gardła skalnego. Już na pierwszym skalnym odcinku po zejściu z lodowca, tuż za śnieżnym żlebem, przeczekaliśmy 1.5h! W związku z tym szanse na zjechanie, choćby ostatnią kolejką, do Sulden drastycznie spadły. Cała drogę na dół musieliśmy pokonać pieszo (ok 2200m). Gdy późnym popołudniem jeden z członków wyprawy (w sumie było nas 5 osób) rozpakował nogi ze skorup nie wyglądały one zdrowo (teraz z własnego doświadczenia polecamy wentylowanie stóp na dłuższych postojach: choćby zdjęcie zewnętrznego buta). Ale oprócz kilku pęcherzy obyło się bez uszczerbków na zdrowiu.

EKWIPUNEK: My mieliśmy: mapę Tabacco 008, 60m liny, uprzęże, po 2 prusiki i karabinki, raki, czekany i okulary lodowcowe. Obyliśmy się bez: kasków (niektórzy ich używali, ale naszym zdaniem nie ma takiej potrzeby), śpiworów (w schronisku jest pościel) i kapci na zmianę. Następnym razem przydałoby się: po bloczku dla każdego (do wyciągania ze szczeliny), coś oprócz czekanów do budowania stanowisk oraz buty zmienne dla posiadaczy skorup (plastikowych butów).

TRUDNOŚĆ: PD+, III-II (stałe zabezpieczenia), 45°.

UCZESTNICY: Gerhard, Joanna, Magda, Michael, Mirek (na szczycie!).

ZDJĘCIA można obejrzeć w naszej tradycyjnej galerii.


1999-2008 © opoki (ostatnia mod. 16.03.2008)
rss Valid HTML 4.01! [logo]