|
Zaczęło się od planów. W czerwcu 1999 roku postanowiłem po raz pierwszy wybrać się w Alpy. Nie wiedziałem jeszcze gdzie, wszak są to góry całkiem spore :-), niemniej jednak okoliczności zarówno czasowe jak i finansowe były na tyle sprzyjające, że szkoda byłoby nie skorzystać. Wybór padł na Mont Blanc.
Góra nie uchodzi za trudną technicznie - jedynie pogoda jest tu czynnikiem, który może pokrzyżować człowiekowi plany, czego doświadczyliśmy na własnej skórze. Ale po kolei...
Wybraliśmy się we dwoje, jak widać na zdjęciach, na początku sierpnia 1999. Jako środek transportu wybraliśmy autostop - droga w jedną stronę (ok. 1200 km) zajęła nam 2 dni.
Nie udało nam się wejść na MB za pierwszym razem - jak już wspomniałem pogoda przekreśliła nasze plany, niemniej wycieczka była fantastyczna. Wczesnym rankiem podjechaliśmy kolejką linową z Les Houches Bellevue (993) do la Chalette (1801), skąd kolejką zębatą (Tramway du Mont Blanc) na Nid d'Aigle (2372). Stąd już idzie się pieszo. Mijając po drodze schronisko Tete Rousse (3167) dotarliśmy tego dnia do najwyżej, w tej okolicy, położonego obsługiwanego schroniska: Ref. du Gouter (3817). Stąd wychodzi się na MB, a przynajmniej większość ludzi tak robi. Ze względu na wysokość dokoła schroniska leży sporo śniegu. "Sporo" czyli co najmniej kilka (-naście?) metrów, tak więc można sobie przypomnieć zimowe rozrywki takie jak lepienie bałwana czy rzucanie się śnieżkami. Wbrew pozorom nie ma jednak zbyt wielu amatorów takich 'hulanek' - po prostu wysokość trochę "przytłumia". Ci zaaklimatyzowani mogą czuć się świetnie, ale reszta.... Jak tam byliśmy dało zaobserwować się całe spektrum możliwych reakcji organizmu na niedotlenienie i niższe ciśnienie. Od lekkiego osłabienia, przez częściową niedyspozycję ("nic mi się nie chce", "nie mam siły", itp.) aż do częstego odwiedzania pobliskiej toalety w celu oddania zawartości żołądka drogą wejściową bądź wyjściową. Na szczęście my czuliśmy się zaledwie "lekko osłabieni" :-).
Po spożyciu posiłku przygotowanego z topionego śniegu postanowiliśmy przygotować sobie miejsce do spania - oczywiście na zewnątrz. Od wschodu schronisko osłania skarpa śnieżna wysokości ok. 10m, na szczycie której rozbija się namioty. Ponieważ wieją tu dość silne wiatry namioty stawia się w jamach wykopanych w śniegu aby wraz z zawartością gdzieś nie odleciały. Niestety większość głębszych dołów była już zajęta więc wybraliśmy w miarę głęboki (ok. 0.4m) i pożyczoną łopatą pracowicie go pogłębiliśmy aż do ok. 1.5m. Dopiero wówczas nasz namiot (iglo Marabuta: "Komodo 2") nie wystawał. Mimo to wiatr był na tyle silny, że igły okazały się bezużyteczne - po wbiciu wszystkich i swobodnym puszczeniu nasz dom odlatywał zaś szpilki i śledzie gubiły się w śniegu. W związku z tym zamiast nich użyliśmy... śniegu. Narożniki namiotu po prostu zostały wdeptane w śnieg co zapewniło całej konstrukcji jako taką stabilność.
Pozostało tylko przeczekać w środku do 2 godziny w nocy. Dlaczego? Otóż o tej właśnie porze, przy sprzyjającej pogodzie wychodzi się w celu zdobycia dachu Europy. O wczesnej porze (w nocy) śnieg jest mocno zmrożony i po prostu lepiej się idzie. W nocy przeżyliśmy jednak burzę śnieżną. Trochę błyskało, grzmiało a przez cały czas sypało śniegiem. Leżąc w namiocie z biegiem czasu zauważyliśmy, że nasza przestrzeń życiowa kurczy się. Ścianki namiotu zapadały się do środka pod ciężarem świeżego śniegu, który zasypywał naszą jamę wraz z namiotem. Około godziny 1 musiałem wyjść, aby odkopać wejście i odgarnąć śnieg z boków namiotu - w przeciwnym wypadku musielibyśmy rano wychodzić przez dach. Niestety nie miałem już łopaty więc przy użyciu menażki praca nie szła zbyt szybko. Widoczność była rzędu kilku (3-4) metrów. W świetle czołówki widać było tylko padający śnieg a i to pod warunkiem, że nie patrzyło się pod wiatr. W każdym razie nad ranem przestało padać, a po świcie niebo było już błękitne, jak widać na tym i na tym zdjęciu. Z niekorzystnych warunków pozostał tylko wiatr. W schronisku dowiedzieliśmy się, że tej nocy wiał z prędkością 72 km/h, zaś prognoza na kolejny dzień to ponad 100 km/h. Tego ranka tylko kilka osób zdecydowało się pójść w góry. Jednak nie stanęli na szczycie - dotarli do schronu Vallot (4362) i zawrócili. Nam kończyła się żywność więc nie mogliśmy siedzieć i czekać - zeszliśmy na dół. Ta noc okazała się niezłym testem dla sprzętu. Najlepiej spisał się namiot - nie przemókł. Niestety ucierpiał: podczas składania pękły bambusowe kijki a tropik uległ przecięciu. Zbity śnieg, który trzymał narożniki namiotu w nocy zamienił się w lód i trzeba było rozkuwać go czymś ciężkim - czekan uszkodził przy okazji kawałek tropiku :-). Obecnie ten model namiotu można dostać z kijkami wykonanymi z jakiegoś lekkiego stopu (aluminium + coś tam?), przez co jest on odporny na niskie temperatury.
Nie zrażeni (zbytnio :-)) poprzednim niepowodzeniem kilka dni później wybraliśmy się ponownie tą samą drogą. Tym razem noc spędziliśmy w schronisku - nocleg w namiocie z pękniętymi kijkami przy silnym wietrze nie byłby najlepszym pomysłem. Prognoza pogody wywieszona w schronisku Tete Rousse na kolejne trzy dni była nienajlepsza: "BAD". Mimo to zdecydowaliśmy się pójść do ref. du Gouter. Złe wieści rozchodzą się szybko więc widzieliśmy tłumy ludzi idących w przeciwnym kierunku. Niektórzy z nich przekazywali nam prognozę pogody i sugerowali zejście. Pogoda faktycznie nie była najlepsza. W schronisku było tym razem bardzo miło i kameralnie. Oprócz nas było jeszcze może z 20 osób. Położyliśmy się wcześnie spać (ok. 21) umówiwszy się wcześniej, że o ile pogoda okaże się dobra to spróbujemy. Ok. 03:00 pobudka. Na niebie widać gwiazdy. Wiatr nie wieje. Szybko coś zjedliśmy i wraz z gromadką nam podobnych ruszyliśmy. Szliśmy we trójkę - wraz z poznanym w schronisku Polakiem. Pogoda nie była aż taka super na jaką się zapowiadała... Przez pierwsze kilkadziesiąt minut jest w miarę ok, czyli zimno, ciemno i w miarę bezwietrznie. Jednak tuż przed świtem zaczyna padać śnieg, wiatr staje się mocniejszy, a temperatura spada (takie przynajmniej było wrażenie). W międzyczasie mijamy zespoły, które wyszły przed nami. W oddali widzimy światełka czołówek tych, którzy są jeszcze z przodu. Na szczycie Dome du Gouter (4304) spotykamy człowieka, który szedł jako pierwszy. Po angielsku dowiadujemy się, że on owszem był tu kiedyś, ale nie pamięta dalszej drogi. Dookoła niewiele widać i ciągle pada. Do świtu zostało kilkadziesiąt minut. Przy pomocy kompasu i mapy określamy dalszy kierunek zejścia z tej góry. Schodząc na przełęcz Col du Gouter (kilkadziesiąt metrów niżej) zaczyna świtać. Przestaje padać i niebo zaczyna się wypogadzać. Nastroje zwyżkują i już radośnie docieramy do biwaku Vallot (4362) w pobliżu którego posilamy się nieco. Dalej granią mozolnie do góry. W końcu o 8:40, po 5 godzinach marszu, stajemy na szczycie (4808).